Ryanair śmieje się z kryzysu

Ryanair at Girona airportImage via Wikipedia

Irlandzkie tanie linie lotnicze dobrze się mają w tej trudnej sytuacji gospodarczej. Jak zapewnia prezes Ryanaira Michael O'Leary nawet podczas recesji linie się rozwijają.
Choć charyzmatyczny szef przewoźnika przyznaje, że jego firma też odczuwa skutki kryzysu, to jednak znacznie słabiej niż konkurencja. Jest to zasługa niższych kosztów. "Dzięki temu wyjdziemy z recesji jako zwycięzcy" - wyraża nadzieję O"Leary.
W pierwszym kwartale tego roku Ryanair przewiózł o 11 proc. więcej pasażerów niż rok wcześniej. Jednak wpływy z biletów były o 3 procent niższe. Ile zarabia tania linia? Wyniki istotnie dają prawo O'Leary'emu do napawania się dumą. Od kwietnia do czerwca Ryanaira zarobił 136,5 miliona euro, jest to ponad pięciokrotnie więcej niż przed rokiem.

[http://www.ttg.com.pl]
Reblog this post [with Zemanta]

Ryanair zabierze cię na Wyspy Kanaryjskie

Misty Morning on the BeachImage by dragon762w (on holiday) via Flickr

Irlandzki przewoźnik nie próżnuje i wciąż poszerza swoją ofertę. Już tej zimy będziesz mógł polecieć z Ryanairem w ciepłe kraje. Linie ogłosiły, że uruchomią 39 połączeń na Wyspy Kanaryjskie. Już za niewielkie pieniądze będziesz mógł polecieć na bajkową Teneryfę czy Gran Canarię.


Wraz z nadejściem zimy klienci Ryanaira będą mogli skorzystać z nowych rejsów i polecieć za grosze na słoneczne Wyspy Kanarysjkie. Linie zaoferują aż 39 dodatkowych połączeń w tym kierunku, z czego 16 na Gran Canarię, 15 na Lanzarote i 8 na Teneryfę - czytamy na pasażer.com.

Jak to możliwe, że w tych dosyć trudnych czasach, linia decyduje się na uruchomienie kilkudziesięciu l]połączeń? Mianowicie, w Hiszpanii nie pobiera się od każdego przylatującego pasażera tzw. "podatku turysztycznego". Poza tym, Ryanair wynegocjował 100-proc. zniżkę na opłaty lotniskowe. A to oznacza, że za bilety zapłacimy dużo mniej.

Poza tym, by rozpromować nowe trasy, irlandzki przewoźnik rozdaje bilety za 0 euro na te wakacje kierunki. Jedyne koszty, które poniesiemy, to opłaty dodatkowe (np. za bagaż) i podatek.


[http://www.dziennik.p
l]
Reblog this post [with Zemanta]

British Airways tnie koszty jak tanie linie

The Blue Peter special-paint British Airways B...

Od najbliższego poniedziałku linie British Airways nie będą podawać pasażerom posiłków po godzinie 10.00 rano na trasach, na których lot trwa krócej niż 2,5 godziny - donoszą media brytyjskie.

Inne rozwiązania podyktowane względami oszczędnościowymi przewidują, iż pasażerowie nie będą częstowani darmową butelkowaną wodą, lecz wodą podawaną w małych pojemniczkach pokrytych folią, gorące ręczniki orzeźwiające będą dostępne tylko dla pasażerów pierwszej klasy, znikną darmowe precelki.

Pełna gama usług nadal będzie dostępna na długich trasach, ale z menu pierwszej klasy usunięto minikanapki podawane jako przystawki, krakersy i czekoladki.


BA wskazują, iż zmiany zostały poprzedzone przez badania rynkowe. Wynika z nich m. in., iż jedna trzecia posiłków serwowanych pasażerom klasy biznes na dalekich trasach jest nietknięta, a pasażerowie na ogół nie wypijają całej butelki wody.

Linie BA dotkliwie ucierpiały na skutek dekoniunktury w drogim segmencie lotów (pierwszej klasie i biznes) na dalekich trasach. Za ostatni rok obrachunkowy strata przewoźnika wyniosła 401 mln funtów.

Posunięcia te mają przynieść BA 22 mln funtów oszczędności rocznie i zmniejszyć ilość resztek żywności. Za poprzedni kwartał strata brytyjskiego przewoźnika oceniana jest wstępnie na 100 mln funtów.



[http://anglia.interia.pl]
Reblog this post [with Zemanta]

Dokąd chciałby latać Ryanair, a nie poleci

Piotrkowska Street

Wczoraj do Łodzi przyleciał Laszlo Tamas, przedstawiciel tanich linii lotniczych Ryanair na Europę Środkową i Wschodnią, który miał opowiedzieć o planach przewoźnika na naszym rynku. Wszyscy spodziewali się jakiejś miłej niespodzianki, tym bardziej że gość przybywał w przeddzień sesji rady miejskiej, na której na pewno poruszony będzie temat marazmu i braku nowych połączeń na łódzkim lotnisku.

Tymczasem Tamas przedstawił prezentację na temat Ryanaira. Wynikało z niej, że - mimo kryzysu - linia rozwija się znakomicie. Ma coraz więcej pasażerów. W zeszłym roku Ryanair obsłużył 58 mln osób, a w tym spodziewa się 67 mln. - Mówimy o sobie, że zwyciężamy w czasach kryzysu - pochwalił się.

W Polsce Ryanair lata z dziewięciu lotnisk i obsługuje w sumie 58 połączeń. Jednym z tych lotnisk jest Port Lotniczy im. Władysława Reymonta w Łodzi z czterema połączeniami (Londyn, Edynburg, Shannon, Dublin). Na sezon zimowy Ryanair nie ma wobec Łodzi żadnych planów. Tamas przyznał, że chętnie uruchomiliby z Łodzi dwa nowe połączenia - do Hiszpanii (Barcelona) i do Włoch (Rzym lub Mediolan). Te właśnie kierunki wskazywała Lufthansa Consulting w swoim raporcie o łódzkim lotnisku jako najbardziej pożądane przez mieszkańców regionu.

Chętnie Ryanair latałby do Hiszpanii i Włoch od przyszłego roku, ale... nie będzie, dopóki nie zostaną obniżone opłaty terminalowe. Co to za opłaty? Nakłada je Polska Agencja Żeglugi Powietrznej. W Polsce są bardzo wysokie w porównaniu z innymi krajami. Z polskich lotnisk (oprócz Warszawy, bo tam są niższe) wynoszą 282 euro, a na przykład z włoskich lotnisk - 53 euro. Niższe opłaty niż w Polsce są choćby w Holandii, Niemczech, na Litwie, w Szwecji, Hiszpanii, Irlandii.

Opłaty podniesiono pod koniec zeszłego roku i podwyżka o prawie 1000 proc. stała się przyczyną wycofania z Łodzi połączeń do Nottingham i Liverpoolu. Polskę skrytykowało Zrzeszenie Europejskich Przewoźników Niskokosztowych (ELFAA). Jerzy Kropiwnicki napisał list do prezesa Agencji. Nic to nie pomogło. - Uzależniamy swój rozwój w Polsce od tych opłat - nie ukrywa Tamas.

Co się może zmienić w przyszłym roku? Od 2010 r. wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej będą miały jednakowe opłaty. Wtedy nie będzie można powiedzieć, że w Polsce są wyjątkowo wysokie. Czy wtedy coś się zmieni na łódzkim lotnisku?

[Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź]
Reblog this post [with Zemanta]

Pasażerowie chcą latać na stojąco

Konkurencja i władze lotnicze zareagowały szokiem na propozycję linii Ryanaira by pasażerowie na krótkich trasach korzystali w samolotach z miejsc stojących. W ankiecie Ryanaira większość pasażerów zgodziła się stać w czasie lotu, pod warunkiem, że bilet będzie darmowy.

Na pomysł wprowadzenia miejsc stojących wpadły też chińskie tanie linie Spring. Podobnie jak Ryanair chcą wprowadzić sektor tylko z miejscami stojącymi, gdzie znajdowałyby się jedynie miejsca do przypięcia pasami.

Ryanair przeprowadził w tej sprawie ankietę wśród swoich klientów. Okazało się, że spośród 120 tys. przepytanych osób, 66 proc. jest gotowe do latania na stojąco. Pod warunkiem jednak, że nie będą musieli płacić za bilet. Ale 42 proc. ankietowanych zgodziło się płacić za miejsca stojące. 60 proc. ankietowanych uważa, że przed rezerwacją biletu, klient powinien mieć wybór, czy chce lecieć w strefie „siedzącej” czy „stojącej”.


[http://www.air-europa.pl]
Reblog this post [with Zemanta]

Żarty nie na żarty

Ryanair Boeing 737-800 in Berlin-Schönefeld, n...

Płatna toaleta w samolocie? Droższe bilety dla grubych, bo nadwaga to forma nadbagażu? A co powiecie na tanie latanie na miejscach stojących? Nie ma tygodnia, by irlandzka linia lotnicza Ryanair nie ogłosiła szokującego pomysłu biznesowego. Wszystko pod hasłem cięcia kosztów i obniżania cen biletów. By każdy mógł sobie pozwolić na lot samolotem Ryanair. Większość pomysłów ląduje w koszu. Są zbyt radykalne i trudne do przyjęcia nawet dla najmniej wymagających klientów. Protestują także władze lotnicze. Nie będzie więc samodzielnego ładowania przez pasażerów walizek do luków bagażowych ani ważenia każdej osoby wchodzącej na pokład. Także najnowsza ankieta prowadzona wśród pasażerów na temat akceptacji dla pomysłu latania na miejscach stojących bardziej ma na celu rozgłos medialny i irytację konkurentów niż rzeczywiste rozpoznanie rynku.

Darmowy marketing, jaki Ryanair zapewnia sobie w ten sposób, pozwala mu na cięcie kosztów reklamowych. Dzięki temu linia mogła obniżyć wydatki marketingowe o 26 proc. To ważne, bo w minionym roku, po raz pierwszy od 20 lat, Ryanair zanotował stratę. Jego szef, jeden z najbardziej kontrowersyjnych menedżerów świata, Michael O'Leary liczy jednak, że kryzys doda mu skrzydeł, a pasażerowie tnąc własne koszty będą częściej wybierali spartańskie warunki tanich linii. Ma już na to dowody. I to jakie! Ryanairem z Madrytu do Londynu poleciała hiszpańska monarchini królowa Zofia. Wizyta miała całkowicie nieoficjalny charakter, królowa leciała odwiedzić chorego brata. I ciężko tego pożałowała. Ryanair nie byłby sobą, gdyby przepuścił taką okazję do bezpłatnej reklamy. W hiszpańskiej prasie pojawiło się zdjęcie królowej oraz hasło "Lataj jak monarcha". Pałac królewski zaprotestował i zagroził procesem, bo linia wykorzystała wizerunek królowej bez zezwolenia. Ryanair przeprosił, reklamy wycofał i zobowiązał się do przekazania 5 tys. euro na cel charytatywny. Efekt został jednak osiągnięty i to wyjątkowo niskim kosztem.

Prowokatorzy i celebryci

Tę metodę Irlandczycy stosują także w innych krajach. Polega ona na wykorzystywaniu w celach reklamowych aktualnych wydarzeń i znanych osób. Oczywiście wszystko bez zezwolenia. Kiedy prezydent Francji żenił się z Carlą Bruni, w tamtejszej prasie pojawiło się zdjęcie pary z komentarzem, że cała rodzina będzie mogła przylecieć Ryanairem na ich ślub. Podobnie było w Polsce. Kiedy pojawiły się plotki o możliwym związku między ówczesnym premierem Jarosławem Kaczyńskim i posłanką Jolantą Szczypińską, linia sugerowała im, by w podróż poślubną udali się Ryanairem. Potem opublikowała przeprosiny z uwagą, że politycy powinni jednak akceptować "wesołą satyrę". Tekst były tak sformułowany, by przy okazji kolejny raz się zareklamować.

Bo każda okazja jest dobra: kiedy LOT wygrał proces przeciw Ryanairowi, zarzucając mu nierzetelną reklamę porównawczą, Irlandczycy opublikowali w prasie nakazaną przez sąd formułę przeprosin wzbogacając ją o własny tekst reklamowy. Pasażerom LOT w ramach przeprosin zaoferowali bilety po 20 zł w jedną stronę. Szybko okazało się, że pasażer korzystający z przeprosin zapłaci dużo więcej, co w zasadzie mogło stać się okazją do kolejnego procesu. Ale LOT, wyraźnie zmęczony, odpuścił.

Zwykle takie incydenty kończą się sporami sądowymi, co stanowi dla linii dodatkową okazję do reklamy. Koszty wyroków nie są aż tak wysokie. Carla Bruni wyprocesowała 60 tys. euro, parze Kaczyński-Szczypińska firma zaproponowała 25 tys. zł na cel charytatywny, były krótkotrwały prezes LOT Marek Mazur, który zdążył zostać obśmiany w reklamie Irlandczyków, procesu nie wygrał.

- Taka strategia obliczona jest na doraźny efekt. Prowokując i wszczynając awantury nikt jeszcze nie zbudował sobie trwałego wizerunku w biznesie - ocenia Piotr Czarnowski, specjalista w dziedzinie public relations.

Tymczasem w Polsce coraz więcej firm decyduje się na stosowanie ofensywnych technik marketingowych. Być może sprzyja temu atmosfera życia publicznego, którego esencją stały się nieustające zwady i konflikty. A im głupsza sprawa, tym większa zwada i medialny szum. Zjawisko to zyskało już nazwę tabloidyzacji polityki albo poppolityki. Na największą skalę uprawia ją poseł Janusz Palikot. Z biznesu wyniósł profesjonalizm i upodobanie do marketingu. Jak ujawnił niedawno "Dziennik", happeningi Palikota są wymyślane i starannie reżyserowane przez specjalistów, którymi kieruje Jacek Prześluga, były prezes PKP Intercity, który zasłynął ze swoich innowacyjnych pomysłów marketingowych ("Polityka" 26/06). Coraz liczniejsi polityczni konkurenci także nie stronią od agresywnego marketingu, choć wszczynanych awantur nie reżyserują ani nie poprzedzają badaniami opinii publicznej, jak czyni to Palikot. Bardziej zdają się na intuicję i brutalny język.

Elektroniczne ustawki

W przypadku firm jest podobnie. Niektóre swoje posunięcia starannie przygotowują. Inne reagują spontanicznie, bo rynkowe bójki wymagają szybkich reakcji i często brakuje czasu na głębsze zastanowienie. W przypadku konfliktu dwóch sieci supermarketów z elektroniką, Media Markt i Saturn, niewątpliwie mieliśmy do czynienia z reżyserią. Obie sieci wysyłały pod swoim adresem reklamowe zaczepki i prowokacje uzyskując zamierzony efekt medialnego szumu. Wynikał on mniej z siły ciosów, a bardziej z faktu, że atakowały się dwie sieci należące do tego samego właściciela, niemieckiej Grupy Metro.

Nieco później na polskim rynku pojawił się brytyjski Elektro World i wtedy zrobiło się naprawdę gorąco. Sieci oskarżały się o nieuczciwe praktyki, stosowanie czarnego PR i rozpuszczanie plotek. Kiedy Elektro World z okazji otwarcia jednego z supermarketów zapowiedział sprzedaż partii telewizorów po wyjątkowo obniżonej cenie, pierwsi w kolejce znaleźli się ochroniarze z Media Markt, którzy - jak podpatrzyli dziennikarze - odnosili kupiony sprzęt do firmowego samochodu. Kiedy niemiecki Media Markt wypuścił w Niemczech reklamę telewizyjną, w której Polacy zostali pokazani jako złodzieje - co w naszym kraju wywołało falę oburzenia - polski konkurent, sieć RTV Euro AGD, postanowił to wykorzystać. W reklamie radiowej cytowano krytyczne artykuły prasowe kończąc pytaniem, czy do Media Markt przyjdzie jeszcze choć jeden klient?

Najbrutalniejsze walki toczą się tam, gdzie konkurencja dotyczy cen. Z rozmaitych powodów. Do jakości ani prestiżu nie da się nikogo przekonać wszczynając awanturę. Inna jest wrażliwość konsumenta nastawionego na tani towar. Łatwiej akceptuje brutalne metody, nawet schlebia mu, że rynkowi rywale gotowi są o niego się bić. Często też sam emocjonalnie angażuje się w tę walkę.

- Agresywny marketing prowadzi do polaryzacji postaw konsumentów i zwiększa ich przywiązanie do marki. To działa trochę jak klub kibica piłki nożnej w sezonie rozgrywek: kocham moją drużynę, tamtą akceptuję, a innych nie cierpię. Ten mechanizm sprawdza się najlepiej w przypadku młodych konsumentów, bardziej mężczyzn niż kobiet - wyjaśnia dr Paweł Wójcik, psycholog zachowań konsumenckich z firmy 4P Reaserch Mix.

Potężną bronią agresywnego marketingu jest reklama porównawcza. To jeden z bardziej kontrowersyjnych sposobów promocji. Dlatego w niektórych krajach jest zakazany. W Polsce zalegalizowano go w 2000 r., ale z poważnymi ograniczeniami. Prawo wymaga, by porównanie miało twarde, merytoryczne podstawy. Nie wolno powiedzieć jestem lepszy od konkurenta i już. Trzeba to udowodnić. A z tym często bywają kłopoty. - Jest dużo sporów sądowych dotyczących reklamy porównawczej. Wynikają one najczęściej z faktu, że porównywane są cechy nieporównywalne lub trudne do jednoznacznej oceny - wyjaśnia dr hab. Elżbieta Traple, profesor UJ.

Dziś taki pojedynek toczy się między spółką P4, właścicielem sieci telefonii komórkowej Play, a wielką trójką - Erą, Orange i Plusem. Play od początku istnienia przyjął taktykę zdobywania rynku przebojem i zyskał już wizerunek biznesowego zabijaki. - Jesteśmy jak Dawid wśród trójki Goliatów, najmniejszym i najmłodszym operatorem sieci komórkowej, więc musimy się rozpychać, by nas zauważono. Bywamy czasem niegrzeczni przełamując stereotypy. Weszliśmy na rynek, który podzieliły między siebie trzy wielkie firmy tworzące oligopol i pilnujące, by ceny nie spadły. Obniżając je psujemy im interes. Dlatego tak nas nie znoszą - komentuje rzecznik Play Marcin Gruszka.

Play już nieraz doprowadzał wielkich konkurentów do wściekłości. Tym razem jednak zalazł im za skórę wyjątkowo. Reklamuje się porównując własne ceny połączeń z cenami konkurentów. Poszczególne reklamy poświęcone są kolejnym rywalom i wychodzi z nich, że za połączenie z Play do Orange, Ery czy Plusa płaci się mniej niż wewnątrz tamtych sieci.

Konkurenci zarzucają Play, że manipuluje danymi, a jego ceny wcale nie są tak niskie, jak podaje. Jeśli w niektórych przypadkach tak jest rzeczywiście, to tylko dlatego, że prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej Anna Streżyńska faworyzuje nowego operatora.

- Ciekawe, dlaczego nie podają, że za połączenia do Play trzeba zapłacić najwyższą stawkę. Warto wiedzieć, że dzwoniąc z innych sieci do Play subsydiujemy ich abonentów - przekonuje dyr. Zbigniew Lazar z Ery. Era brała pod uwagę wystąpienie do sądu, ale zrezygnowała. Reklama żyje krótko, a procesy ciągną się latami. Przygotowała własną reklamę będącą odpowiedzią na agresję Play. Spór dotyczy tzw. stawek MTR, czyli cen, jakie płacą sobie nawzajem operatorzy za połączenia kończące się w ich sieciach. Prezes UKE przyznała Play najwyższe stawki (choć ostatnio je nieco obniżyła), by wyrównać szanse między konkurentami.

Jednak najbardziej zacięta walka toczy się między Play a Plusem. Konflikt jest ciekawy nie tylko ze względu na temperaturę, ale także dlatego, że Play świadczy swoje usługi korzystając głównie z infrastruktury Plusa. Walka dotyczy nie tylko reklamy porównawczej, ale przede wszystkim akcji przeciągania abonentów Plusa do Play. Play wykorzystał moment, kiedy Plus zmienił regulamin (wynikało to z decyzji UOKiK) i rozpoczął kampanię (z udziałem dziennikarza TVN Andrzeja Sołtysia) przekonując, że w tej sytuacji można przejść do niego bez negatywnych konsekwencji. Do tego doszła akcja wysyłania esemesów do abonentów Plusa i działania akwizytorów Play pod salonami konkurenta. Ten nie wytrzymał i poszedł do sądu. Reklamy zostały wstrzymane, wysyłanie esemesów też. Ale wojna trwa. Play sprzyjają nowe przepisy, które pozwalają na przenoszenie numerów z sieci do sieci. To zwiększyło mobilność abonentów.

Zdaniem Piotra Czarnowskiego agresywny styl działania Play został ukształtowany przez Chrisa Bannistera, twórcę sieci, prezesa spółki P4, który właśnie zakończył pracę w Polsce. W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedział z dumą, że "uwolnił nasze komórki". To człowiek, który kocha walkę. W firmie koło biurka miał powieszony bokserski worek treningowy ze znakami firmowymi konkurentów.

Wolnoamerykanka

Ojczyzną agresywnego marketingu są Stany Zjednoczone. Prawo jest tam najbardziej liberalne. Pozwala na walki, które w Europie uznano by za niedozwolone. Do historii przeszły ciągnące się latami pojedynki Pepsi-Coli z Coca-Colą. Atakująca jest zwykle Pepsi. Nęka wielkiego konkurenta złośliwymi, acz często dowcipnymi, reklamami. Rywal nie pozostaje dłużny. Ten rodzaj pojedynków rynkowych zwie się knocking copy. Polega na oddawaniu ciosu poprzez odwrócenie sensu reklamy konkurenta.

Umiejętnie zastosowana broń potrafi działać z morderczą skutecznością. Kiedy sieć wypożyczalni samochodów Avis zaczęła się reklamować hasłem "Jesteśmy numerem dwa, dlatego bardziej się staramy", konkurent Hertz odpowiedział swoim "Czy zastanawiałeś się, dlaczego numer dwa jest ciągle numerem dwa?". Do legendy przeszedł pojedynek producentów piór wiecznych. Waterman zachęcał: "Zrzuć Watermana z drugiego piętra, zobaczysz, że nic mu się nie stanie". Konkurent odpowiedział "Zrzuć Watermana z drugiego piętra i kup Parkera".

W Polsce też mieliśmy pojedynki knocking copy. Kiedy pojawiła się reklama Aspiryn C z hasłem "Na chorobę ci inne środki", konkurent odpowiedział "Na chorobę ci inne środki, Upsarin na zdrowie". Takich dowcipnych pojedynków reklamowych mieliśmy zresztą więcej. Część z nich była tak zawoalowana, że czytelna tylko dla nielicznych. Odbiorcy reklam lubią jednak tego typu żarty. Niektóre marki budują swój wizerunek na inteligentnej komunikacji z odbiorcami. To dużo lepsze od obserwowania, jak konkurenci okładają się po głowach, skarżą w prasie, a potem ciągają po sądach.


[http://wiadomosci.gazeta.pl]
Reblog this post [with Zemanta]

Podpowiadamy, jak tanio polecieć na wakacje

Ryanair Boeing 737-800 in Berlin-Schönefeld, n...

Można przelecieć samolotem pół Europy, odwiedzić kilka najpiękniejszych miast i za całą podróż zapłacić około 200 złotych. Wystarczy śledzić promocje tanich linii lotniczych.

Tanie linie lotnicze zwykle są rzeczywiście tanie, jeśli rezerwujemy lot z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem lub korzystamy z ogłaszanych promocji. W lipcu bilety na atrakcyjne wakacyjne trasy są na ogół drogie. Na przykład, gdybyśmy teraz chcieli sami zorganizować sobie podróż na Kretę, to za bilet z Katowic i z powrotem (lata stamtąd linia Wizzair) pod koniec sierpnia zapłacimy około tysiąca złotych.

Można jednak, obserwując promocje ogłaszane przez linie, wybrać szczególnie atrakcyjne loty. Zasada taniego latania jest jedna: lecimy tam, gdzie jest tanio, o ile cel podróży jest dla nas atrakcyjny. Dokładnie tak samo jak robi się z wczasami last minute proponowanymi przez biura podróży.



Można przelecieć samolotem pół Europy, odwiedzić kilka najpiękniejszych miast i za całą podróż zapłacić około 200 złotych. Wystarczy śledzić promocje tanich linii lotniczych.

Aby tanio polecieć na wakacje, musimy spędzić nieco czasu na wertowaniu ofert internetowych. Ale opłaca się.

Tanie linie lotnicze zwykle są rzeczywiście tanie, jeśli rezerwujemy lot z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem lub korzystamy z ogłaszanych promocji. W lipcu bilety na atrakcyjne wakacyjne trasy są na ogół drogie. Na przykład, gdybyśmy teraz chcieli sami zorganizować sobie podróż na Kretę, to za bilet z Katowic i z powrotem (lata stamtąd linia Wizzair) pod koniec sierpnia zapłacimy około tysiąca złotych.

Można jednak, obserwując promocje ogłaszane przez linie, wybrać szczególnie atrakcyjne loty. Zasada taniego latania jest jedna: lecimy tam, gdzie jest tanio, o ile cel podróży jest dla nas atrakcyjny. Dokładnie tak samo jak robi się z wczasami last minute proponowanymi przez biura podróży.
reklama

Europa za 200 złotych

W wybieraniu tanich lotów niezbędny jest internet. Znajdziemy tam strony, które wyszukają dla nas najtańsze opcje. Szczególnie interesujące są te prowadzone przez zapaleńców, prawdziwych pasjonatów taniego latania. Potrafią oni znaleźć wprost niewiarygodne ceny, obserwując dziesiątki, jak nie setki portali linii lotniczych na całym świecie.

Ostatnio na stronie www. przeloty.net wyszczególniono promocję (linii Ryanair), która obejmowała pięć lotów (od 1 do 19 września). Z Katowic przez Brukselę, Madryt, Barcelonę do Wenecji. Potem konieczna była podróż pociągiem do Bolonii i stamtąd powrót do Katowic. Całość kosztowała ok. 200 zł.

Jeszcze nie tak dawno linie Ryanair oferowały za 100 zł bilet z Wrocławia na Sardynię z przesiadką w Londynie lub z Katowic do Bolonii za 35 zł.
Amatorzy bardziej egzotycznych kierunków znajdą na www.przeloty.net bilety do Gwatemali za 1860 zł czy do Szanghaju za 1799 zł.

Uwaga na opłaty

To prawda, którą należy powtarzać. Cena biletu wykazana na stronach tanich linii lotniczych zawsze jest niższa od ceny rzeczywistej. Zamawiając bilet przez internet, zawsze płacimy opłatę za tzw. bagaż rejestrowany. Czyli za walizkę czy plecak, który zostawiamy przy odprawie, a potem odbieramy po przylocie.

Tanie linie akceptują zwykle bagaż do wagi 15-20 kg. Do ceny biletu należy więc dodać 85-90 zł. Za nadwyżkę kilogramową musimy dodatkowo zapłacić. Jeśli przy zakupie biletu decydujemy się na wykupienie ubezpieczenia (nie jest obowiązkowe), musimy liczyć się z dodatkowym kosztem około 100 zł.

Możemy zrezygnować z ubezpieczenia, ale wtedy w przypadku rezygnacji z lotu nie dostaniemy zwrotu pieniędzy za bilet.

Dodatkowy koszt to także SMS powiadamiający o przyjęciu rezerwacji, a także możliwość wcześniejszego wejścia na pokład. Wówczas możemy jako jedni z pierwszych wybrać sobie miejsce. W tanich liniach bilet nie jest bowiem połączony z konkretnym miejscem. Przy zakupie biletu pobierana jest od nas opłata manipulacyjna.

Jeśli np. dwójka dorosłych z niemowlęciem korzysta z promocyjnego biletu na przelot z Katowic do Mediolanu i z powrotem, nie płaci 420 zł, jak wykazuje oficjalna cena, lecz blisko 800 zł (z opłatą za bagaż i ubezpieczeniem).

Można taniej

Najtańszym sposobem jest podróżowanie z bagażem podręcznym bez ubezpieczenia i innych dodatkowych opłat. Wówczas jednak trzeba się zapakować w niewielką torbę lub plecak, którego waga nie przekroczy 10 kg.

Taki bagaż bez opłaty można wnieść na pokład samolotu za darmo. Uwaga! Za bagaż podręczny uznawany jest np. parasol, damska torebka czy teczka z laptopem. Jeśli zabieramy go ze sobą, nic więcej na pokład nie wniesiemy. Podróżowanie tylko z bagażem podręcznym jest dobrym rozwiązaniem raczej dla dorosłych podróżujących bez dzieci.

Szukaj lotów

Szukanie tanich biletów na atrakcyjne wakacyjne kierunki jest zajęciem niewdzięcznym. Jest ich po prostu mało. Warto jednak podjąć ten trud. Kilka ciekawych propozycji można znaleźć. My przeanalizowaliśmy wakacyjną siatkę lotów tanich przewoźników. Pod uwagę braliśmy loty z lotnisk we Wrocławiu, Katowicach i Krakowie, czyli leżących najbliżej Opola. Podane ceny obejmują bilet w obie strony z opłatą za bagaż i manipulacyjną.

W połowie sierpnia można polecieć z Katowic do Forli/ Bolonia za ok. 300 zł. Forli to miejscowość oddalona zaledwie o 42 minuty jazdy pociągiem od Rimini, słynnego włoskiego kurortu nad Adriatykiem. Do Bolonii podróż pociągiem trwa 48 minut.

Jeszcze taniej, bo około 270 zł kosztować nas będzie bilet do Sztokholmu, jeżeli zechcemy polecieć tam 18 lipca i wrócić dziesięć dni później. Za bilet do szwedzkiego Malmoe na przełomie lipca i sierpnia zapłacimy ok. 300 zł. To lotnisko ma też wygodne połączenie z Kopenhagą, stolicą Danii.

Z Katowic za ok. 300 zł możemy polecieć do Brukseli (przełom lipca i sierpnia), a na początku sierpnia za 420 zł do Mediolanu.

Trochę drożej zapłacimy już za podróż z Wrocławia do Edynburga (ok. 500 zł) lub z Katowic do Rzymu (ok. 560 zł).



Dla porównania za bilet kolejowy z Opola do Gdańska, pociągiem pospiesznym z Wrocławia, zapłacimy w dwie strony ok. 150 zł (10- godzinna podróż drugą klasą).

Z lotniska do centrum

Sprawdziliśmy, ile kosztuje przejazd autobusem z terminali tanich linii lotniczych do centrów miast.

Tanie linie lotnicze mają wadę. Lotniska, z których korzystają ci przewoźnicy, zwykle są oddalone o kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Tylko w reklamie samolot do Frankfurtu ląduje we Frankfurcie, a samolot do Paryża - w Paryżu. W rzeczywistości samolot do Frankfurtu ląduje w oddalonym o około 100 kilometrów Hahn, a samoloty do Bolonii "parkują" w Forli, oddalonej o blisko 50 minut jazdy pociągiem od centrum. Jak dostać się z takiego odległego portu lotniczego do centrum miasta? Nie jest to trudne, choć trochę kosztowne.

Oczywiście można skorzystać z taksówki, która w zależności od odległości będzie nas kosztować od 30 nawet do 120 euro.

Najlepszym rozwiązaniem pozostaje przejazd autokarem. Przy każdym lotnisku, gdzie lądują tanie linie, zwykle jest wielki parking z przystankami autobusowymi linii wożących turystów do centrum miasta.

Bilet bez problemu kupimy na miejscu u kierowców lub na lotnisku. Nawet jeśli nie wiemy, jak dostać się do centrum, to kierowcy autobusów na pewną nas o tym poinformują i wcisną bilet.

Poniżej podajemy orientacyjne ceny przejazdu do centrum miast z najważniejszych dla tanich linii lotnisk w Europie. Pamiętajmy jednak, że kupując od razu bilet w dwie strony, oszczędzimy od 1 do 3 euro. Ale uwaga! Z lotniska do centrum miasta kursuje zwykle kilku przewoźników. Kupiony z góry bilet powrotny obowiązuje tylko u tego samego przewoźnika, z którym jechaliśmy w poprzednią stronę. Inaczej trzeba płacić drugi raz.

[http://www.nto.pl]
Reblog this post [with Zemanta]